Spoglądasz na swój podarty płaszcz, zabłocone spodnie, sztuczną brodę, brud, który wytarłeś o twarz, żeby zobaczyć, kto rozpozna twoją duszę, gdy zniknie ubranie.
I po raz pierwszy tej nocy wstyd uderza cię mocniej niż deszcz.
„Ruszaj się” – mówisz, ale twój głos traci siłę.
Mariana kręci głową.
„Nie. Dopóki mi nie powiesz, kim naprawdę jesteś”.
Doña Carmen wydaje z siebie za tobą dźwięk, coś w rodzaju szlochu, coś w rodzaju westchnienia. Już rozpoznała nazwisko na teczce, już usłyszała głos Rafaela, już zrozumiała, że ta biedna kuchnia skrywa prawdę, którą twoje bogate domy odrzuciły.
Powoli wyciągasz rękę do twarzy i odgarniasz sztuczną brodę.
Oczy Mariany rozszerzają się.
Następnie zdejmujesz brudną czapkę.
Drżącymi rękami Doña Carmen zdejmuje rebozo z głowy, a spod całego tego błota i pożyczonych ubrań wyłania się dumna staruszka.
Mariana patrzy na was oboje.
Długo nie ze zdziwieniem.
Z bólem.
Głębokim, cichym bólem.
„Więc to był test” – mówi.
Nikt nie odpowiada.