Czujesz, jak złoty pierścionek ukryty w skarpetce pali cię w skórę, pierścionek, który przyniosłaś jako nagrodę dla tego, kto otworzy drzwi z życzliwością. Nagle wydaje się tani. Mniejsza niż tortilla. Mniejsza niż obtłuczone miski, które Mariana właśnie napełniła dla dwojga nieznajomych.
Z pokoju Rafael znów kaszle.
„Mariana?” woła słabo. „Są tu?”
Patrzysz na nią.
„Co się stało z moim synem?”
Jej usta drżą, ale unosi brodę.
„Chcesz wiedzieć teraz?”
Słowa są bezlitosne, bo na nie zasłużyła.
Carmen podchodzi bliżej, już płacząc.
„Mariana, proszę”.
Mariana patrzy na kobietę, która kiedyś nazwała ją wspinaczką, złodziejką, plamą na nazwisku Álvarez. Przez chwilę myślisz, że w końcu się odwdzięczy z całym okrucieństwem, które znosiła przez lata.
Ale ona tylko odsuwa się.
„Najpierw umyj ręce” – mówi. „On łatwo łapie infekcje”.
To coś w tobie łamie.
Nie dlatego, że cię obraża.