„Wynoś się, zanim każę cię wyprosić z mojego domu i zgłosić za utrudnianie potencjalnego śledztwa karnego”.
Esteban prawie się uśmiechnął.
Prawnicy wyszli.
Alicia nie odeszła.
Spojrzała na Elenę z jawną pogardą.
„Zawsze chciałaś być tragiczną matką. Dobrze. Bądź tragiczna. Ale nie udawaj niewinnej. Byłaś słaba. Arturo podejmował decyzje, bo nie potrafiłaś”.
Twarz Eleny stwardniała.
„Zabrał mi córkę”.
„Uratował rodzinę”.
To było wyznanie.
Niepełne.
Nieeleganckie.
Ale dość.
Regina wydała z siebie dźwięk, jakby ją uderzono.
Nie mogłaś oddychać.
Alicia kontynuowała, zbyt zła, by przestać.
„Dwie wcześniaki. Jedna chorowita. Jedna silna. Zaufanie twojego ojca dzieliło majątek między obie. Arturo wiedział, że jeśli imperium będzie kruche, krążyłyby sępy. Matka Inés miała po cichu odprawić słabą. Miała zniknąć”.
Słaba.
Spojrzałaś na swoje ręce.
Ręce, które szorowały podłogi do krwi.
Ręce, które pracowały, gotowały, prały, nosiły, przeżyły.
Słaba.