Elena zamarła.
Sięgnęłaś do małej płóciennej torby, którą nosiłaś ze sobą wszędzie. W środku, pod dokumentami tożsamości, dwoma złożonymi banknotami i zdjęciem dziedzińca sierocińca, znajdowała się koperta miękka od lat otwierania i zamykania.
Podałaś to Estebanowi.
Założył okulary do czytania i ostrożnie rozłożył kartkę.
Elena pochyliła się do przodu.
Nie musiałaś tego czytać. Znałaś każde słowo.
Dziecko moje, jeśli czytasz to jako kobieta, wybacz mi moje tchórzostwo. Urodziłaś się w ogniu, ale nie zostałaś przez niego porwana. Ukryłam cię, bo powiedziano mi, że twoje życie zależy od twojego zniknięcia. Kobieta, która cię urodziła, nie porzuciła cię. Została cię okradziona. Znajdź drugi szmaragd. Znajdź Elenę. Nie ufaj żadnemu De la Garzie, który uśmiecha się przed odpowiedzią.
Elena wydała z siebie tak załamany dźwięk, że Esteban przestał czytać.
Spojrzałaś na swoje dłonie.
List pocieszał cię, gdy byłaś młodsza, ale tylko w odległy sposób. Nigdy w to do końca nie wierzyłaś. Brzmiał zbyt dramatycznie, zbyt niemożliwie, jak historie opowiadane przez dziewczyny, gdy nikt nie przychodzi w urodziny.
Teraz to niemożliwe siedziało przed tobą z twoją twarzą o starczych rysach.
Esteban złożył list.
„Potrzebujemy DNA” – powiedział.
Elena natychmiast skinęła głową. „Dziś wieczorem”.
Uniosłaś wzrok.
„Czy da się to zrobić tak szybko?”
„Dla prawdy, nie” – odparł Esteban. „Dla ochrony, tak”.
Słowo „ochrona” ścisnęło cię w gardle.
Ochrona przed czym?
Przed Alicją?
Przed Ximeną?