Doña Elena odwróciła się lekko, zaskoczona. Ty też byłaś zaskoczona. Twój głos drżał, ale nie załamał się.
„Nie ukradłam tego naszyjnika” – kontynuowałaś. „Dała mi go Matka Inés w sierocińcu, zanim umarła. Powiedziała mi, że to jedyny dowód na to, że urodziłam się w kłamstwie”.
Ximena się roześmiała.
„Wygodnie”.
Elena spojrzała na strażników.
„Wyjdźcie”.
Jeden ze strażników zawahał się. „Señora, panna Ximena poprosiła…”
„Ten dom należy do mnie” – powiedziała Elena. „Wyjdźcie”.
Wyszli.
Ten drobny akt posłuszeństwa zmienił atmosferę.
Ximena to zauważyła.
Wszyscy inni też.
Z dalekiego końca korytarza starsza kobieta przeciskała się przez gości. Miała na sobie czarną satynową sukienkę, diamenty w uszach i twarz kogoś, kto przez dekady ukrywał jad za etykietą.
„Tak, Eleno” – powiedziała. „Jakież to widowisko robisz?”
W korytarzu zrobiło się zimniej.
Elena wyszeptała jedno słowo.
„Alicia”.
Matka Ximeny.
Twoja prababcia, gdyby niemożliwa prawda była prawdziwa.
Alicia de la Garza powoli szła naprzód, mierząc wzrokiem każdą twarz. Jej wzrok padł na twój naszyjnik. W przeciwieństwie do Eleny, nie wyglądała na zszokowaną.
Wyglądała na wściekłą.
To był twój drugi dowód.
Ludzie potrafią udawać zaskoczenie.
Nie potrafią udawać szybkiego rozpoznania.
No cóż.
Alicia uśmiechnęła się do gości.
„Proszę, wróćcie na przyjęcie” – powiedziała gładko. „Moja szwagierka jest przejęta. Urodziny wzruszają wdowy”.
Dłoń Eleny zacisnęła się na framudze drzwi.
„Wiedziałaś”.