„Nie wiesz jak?”
Uśmiechnęła się smutno. „Uczono mnie organizować obiady, a nie je gotować”.
Więc ją uczyłaś.
Nie dlatego, że musiała wiedzieć.
Ponieważ potrzebowałaś matki, która mogłaby stać przy tobie, nie zamieniając twojej przeszłości w wstyd.
Regina dołączyła dziesięć minut później i natychmiast się skaleczyła.
Obie się z niej roześmiałyście.
Dramaturalnie wycelowała w ciebie nożem.
„Wychowano mnie do uroczystych przemówień, a nie do pomidorów”.
„Oczywiście”, powiedziałaś.
Elena się wtedy roześmiała
.
Prawdziwy śmiech.
Pracownicy kuchni udawali, że się nie uśmiechają.
Po raz pierwszy rezydencja wydawała się mniej muzeum, a bardziej domem.
Ale uzdrowienie nie było proste.
Niektórymi nocami budziłaś się pewna, że ktoś przyszedł po naszyjnik. Niektórymi porankami nienawidziłaś Eleny za to, że dwadzieścia cztery lata temu nie walczyła mocniej, a potem nienawidziłaś siebie, bo wiedziałaś, że ją okłamano. Czasami patrzyłaś na Reginę i widziałaś wszystko, co straciłaś, zamiast siostry, którą zyskałaś.
Pewnego dnia powiedziałaś to na głos.
To wydarzyło się w ogrodzie.
Regina opowiadała ci o wycieczce do Włoch z dzieciństwa, o historii, która powinna być niewinna. Wspominała Elenę kupującą jej buty we Florencji, Arturo noszącego ją, gdy była zmęczona, pokój hotelowy z widokiem na rzekę.
Nagle zabrakło ci tchu.
„Czasami cię nienawidzę” – powiedziałaś.