Nikt ci nie mówi, że utrudniasz sobie życie.
Wtedy uświadamiasz sobie, jak mało spokoju ci dano.
Po muzeum siadasz nad Sekwaną i sprawdzasz swoje konta bankowe.
Po raz pierwszy naprawdę się przyglądasz.
Nie rzucasz szybkimi spojrzeniami między nagłymi wypadkami.
Nie robisz przelewów z poczucia winy.
Patrzysz.
W ciągu ostatnich pięciu lat zapłaciłeś:
18 400 dolarów na czesne Danieli.
11 200 dolarów na wydatki domowe rodziców.
7600 dolarów „tymczasowych” pożyczek dla ojca.
5900 dolarów na upadły biznes odzieżowy Danieli.
14 300 dolarów na rodzinnej karcie kredytowej na wypadek sytuacji awaryjnej.
9800 dolarów za tę podróż do Paryża, przed anulowaniem i zwrotami kosztów.
Żołądek ci się przewraca.
Nie dlatego, że cię na to nie stać.
Ponieważ nikt nigdy nie nazywał tego poświęceniem.