To wszystko.
Czasami uzdrowienie nie polega na wielkim spotkaniu.
Czasami to dwa słowa bez ukrytego w nich haczyka.
Kiedy lądujesz w Paryżu, miasto jest jasne i zimne.
Stoisz nad Sekwaną z przyjaciółmi, śmiejąc się, gdy wiatr niszczy wszystkim włosy. Później wracasz do tej samej restauracji, w której kiedyś jadłaś sama, naprzeciwko pustego krzesła.
Tym razem krzesła są zajęte przez ludzi, którzy nie spodziewają się, że znikniesz.
Podczas kolacji Lucia unosi kieliszek.
„Za Valerię” – mówi. „Kto w końcu zrozumiał, że płatne miejsce to nie obowiązek rodzinny?”
Twoi znajomi się śmieją.
Ty też.
Ale oczy pieką.
Bo prawda jest głębsza.