Ból eksploduje w twoim ramieniu, żebrach, biodrze i czaszce. Świat staje się liśćmi, niebem, skałami, ciało Artura uderza w twoje, twój własny krzyk ginie na wietrze.
Wtedy się zatrzymujesz.
Nie na dole.
Wąska półka skalna chwyta cię jakieś dwadzieścia lub trzydzieści stóp poniżej punktu widokowego, ukryty za krzakami i powykręcaną sosną. Arturo leży na tobie w połowie, jedną ręką wciąż obejmując twoją talię.
Nie możesz oddychać.
Twoje ciało chce krzyczeć.
Usta Artura są tuż przy twoim uchu.
„Nie ruszaj się” – szepcze. „Udawaj, że nie żyjesz”.
Zamierasz.
Głos Lucii nad tobą przecina wiatr.
„Mamo?”
Cisza.
Potem głośniej.
„Tato?”
Czujesz, jak krew Artura kapie ci na rękaw.
Jego oddech jest płytki.
Noga pali cię z bólu.
Chcesz się ruszyć.
Chcesz płakać.
Chcesz zawołać.
Arturo raz mocniej przyciska dłoń do twojego boku.
Nie.