Dłonie Artura drżą na stole. Te ręce zbudowały twój dom, wyrzeźbiły pierwsze łóżka dla twoich dzieci, naprawiły każdą zepsutą szafkę, towarzyszyły ci podczas pogrzebu Diego. Teraz po raz pierwszy wyglądają staro.
„Powinienem był ci powiedzieć” – szepcze.
Nie pocieszasz go.
Jeszcze nie.
Może nigdy nie tak, jak on by chciał.
„Pozwoliłeś mi opłakiwać jego mordercę” – mówisz.
Zamyka oczy.
„Wiem”.
„Pozwoliłeś mi upiec torty urodzinowe dla jej dzieci. Pozwoliłeś mi pocałować ją w czoło w Boże Narodzenie. Pozwoliłeś mi uwierzyć, że mój syn się poślizgnął”.
„Bałem się”.
„Diego też”.
Zdanie go załamuje.
Arturo zakrywa twarz i przez chwilę widzisz nie człowieka, który zdradził prawdę, ale ojca, który stracił jedno dziecko i wybrał złą drogę, by zatrzymać kolejne. To mu nie wybacza. To tylko komplikuje ranę.
Wstajesz powoli.
„Idziemy”.
Spogląda ostro w górę. „Elena…”
„Idziemy na punkt widokowy”.
„Nie”.
„Tak”.