Zamykasz oczy.
„Przepraszam, synu” – szepczesz.
Proces rozpoczyna się jedenaście miesięcy później.
Arturo przeżywa, ale jest zmieniony. Jego prawa ręka nigdy w pełni nie wraca do zdrowia. Nie może już rzeźbić drobnych detali. Dla człowieka, który mówił drewnem łatwiej niż słowami, to kolejna kara.
Przyjmuje ją.
Mówi, że to mniej, niż zasługuje.
Nie kłócisz się.
Twoje małżeństwo przetrwało, ale nie takie, jakie było. Są noce, kiedy nie możesz na niego patrzeć. Są poranki, kiedy budzisz się ze snów o upadku Diego i Arturo stojącym w milczeniu. Są sesje terapeutyczne, na których krzyczysz, aż gardło boli.
Ale Arturo nigdy nie prosi cię o szybkie wybaczenie.
Dlatego powoli zostajesz.
Lucia nie przyznaje się do winy.
W sądzie wygląda na mniejszą, niż pamiętasz. Nie jest niewinna. Nigdy nie jest niewinna. Po prostu zmniejszona. Jej prawnik próbuje przedstawić was i Arturo jako zagubionych, zranionych, pełnych żalu rodziców manipulowanych przez żal i starość.
Następnie nagranie się odtwarza.
Jej głos wypełnia salę sądową.
Diego też nie lubił ostrych krawędzi.
Obserwujesz ławę przysięgłych.
Widzisz, jak słyszą, jak twoja córka śmieje się z twojego zmarłego syna.
Nagranie trwa dalej.
Widział upadek Diego. A mimo to wybrał mnie.
Arturo załamuje się obok ciebie.
Trzymasz go za rękę.
Nie dlatego, że zasługuje na pocieszenie.
Bec