Modlisz się, żeby dźwięk był wyraźny.
Lucía podchodzi bliżej.
„Przez dwadzieścia lat oboje patrzyliście na mnie, jakbym była krucha. Biedna Lucía. Cicha Lucía. Smutna Lucía. Ale wiedziałeś, prawda, tato?”
Jego twarz się marszczy.
„Tak.”
No i jest.
Pierwsza prawda wypowiedziana na głos na skraju miejsca, gdzie zginął twój syn.
Oczy Lucíi błyszczą.
„A ty milczałeś.”
„Powinienem był pójść na policję.”
„Powinieneś był” – mówi. „Ale nie zrobiłeś tego, bo kochałeś mnie bardziej niż sprawiedliwość.”
Bierzesz oddech.
„Nie” – odpowiadasz. „Bardziej bał się stracić kolejne dziecko niż kochać prawdę.”
Wzrok Lucíi pędzi w twoją stronę.
Po raz pierwszy wygląda na naprawdę wściekłą.
„Zawsze tak robisz.”
„Co?”
„Spraw, żeby zabrzmiał słabo, skoro to ty nas wszystkich osłabiałaś. Święta Eleno. Nauczycielko Eleno. Matko Roku. Kochałaś Diego bardziej, bo był łatwy. Głośny. Uśmiechnięty. Bohater wszystkich.”
Y
Gardło nam się zaciska.
„To nieprawda”.
„To prawda”.
Podchodzi bliżej.
„Diego zbierał pochwały. Diego zbierał uwagę. Diego miał odziedziczyć warsztat, dom, ziemię. A ja miałam być wdzięczna za ochłapy, bo byłam cicha”.
Arturo kręci głową.
„Byłaś moją córką. Dałbym ci wszystko”.
„Wpędziłaś mnie w poczucie winy”.
„Zabiłaś swojego brata”.
Jej twarz się krzywi.
Przez chwilę widzisz dziewczynę, którą kiedyś była.
Potem znika.
„Chciał mnie zrujnować” – warczy Lucía. „Znalazł przelewy bankowe. Chciał ci powiedzieć, że pożyczyłam pieniądze. Pożyczyłam. Od własnej rodziny”.
„Okradłeś nas” – mówisz.