Cofnąłem się o krok.
„Masz godzinę, żeby wszystko spakować i wyjść”.
Potem zmienię kod do bramy po raz drugi.
Protestowali.
Narzekali.
Grozili.
Ale załadowali pudła.
Bez mrugnięcia okiem zamknąłem drzwi garażu.
Przez okno w kuchni obserwowałem, jak krążą tam i z powrotem po podjeździe: Françoise wydawała rozkazy, Élodie rzucała jadowite spojrzenia, Camille milczała, Julien uginał się pod ciężarem własnych błędów.
Niech ponoszą konsekwencje własnych czynów.
Kłamstwa.
Zdrada.
Konsekwencje.
Już nie musiałem.
Tego wieczoru w domu panowała cisza w nowy sposób.
Nie pusty.
Nie martwy.
Po prostu lekki.
Wiedziałem jednak, że Julien na tym nie poprzestanie.