Zamiast trzymać ten duży, cichy dom jak mauzoleum, kupiłem jasne mieszkanie w 11. dzielnicy Paryża.
Mniej
Większy.
Bardziej żywy.
Bardziej swobodny.
Wieczorami obserwowałem światła miasta z balkonu, z kieliszkiem wina w dłoni, i czułem, jakbym na nowo odkrywał własną skórę.
Imię Juliena pojawiało się coraz rzadziej.
A kiedy już się pojawiało, nie bolało.
Brzmiało pusto.
Jak w starym dowcipie.
Znów zacząłem chodzić na siłownię.
To tam poznałem Gabriela.
Stabilnego.