Wyszli z tym zmęczonym wyrazem twarzy tych, którzy widzieli zbyt wiele osób mylących miłość z chaosem.
Kiedy ulica znów ucichła, oparłem się o ścianę w korytarzu i na chwilę zamknąłem oczy.
Julien pomyślał, że migający znak w Las Vegas mógłby wymazać sześć lat życia.
Mylił się.
Zamki się przekręciły.
Ja też.
Około 14:00 zadzwonił dzwonek do drzwi.
Wiedziałam, że to on.
Spodziewałam się go.
Rozchylając lekko zasłonę w salonie, zobaczyłam Juliena w korytarzu.
Nie był sam.
Obok niego stała Camille w taniej białej sukience, już pogniecionej, jakby nawet noc, o której śniła, nie trwała do rana.
Za nimi cała banda.
Jego matka, Françoise, z zaciśniętą twarzą i mocno zaciśniętymi ustami.
Jego siostra, Élodie, z tym szyderczym uśmieszkiem, który wzięła za wyższość.
Otworzyłam tylko drzwi garażu.
W środku wszystko było gotowe.
Pudła Juliena stały równo ułożone pod ścianą, opisane czarnym markerem:
Ubrania.
Książki.
Elektronika.
Akta.
Zatrzymał się w miejscu.
„Wow.”
„Skutecznie.”
„Nawet nie poczekałaś, aż wrócę.”
„Nie wróciłaś” – odpowiedziałam.
„Wyszłaś za mąż.”
Camille spuściła wzrok.
Françoise ruszyła naprzód, jakby miała zamiar wrócić do domu.