„Właściwie wszystko w porządku”.
„Dziękuję za troskę”.
Rozłączyłam się.
Zablokowałam numer.
I tym razem cisza, która zapadła, nie zawierała śladu strachu.
Było czysto.
Schludnie.
Niemal elegancko.
W następnym tygodniu weszłam na salę sądową.
W powietrzu unosił się zapach papieru, wypolerowanego parkietu i ludzkiego zmęczenia.
Przyszłam wcześniej.
Prosta granatowa sukienka.
Skromne szpilki.
Maître Lenoir szedł obok mnie, spokojny, precyzyjny, budzący respekt.
Nie byłam już zdenerwowana.
Poprzednie tygodnie wypaliły we mnie wszelki strach.
Czułem coś zupełnie innego.