Zabawnego bez wysiłku.
Miłego, bez ukrytych motywów.
Ten typ mężczyzny, który nie próbuje zaimponować, tylko jest szczery.
Znał kilka fragmentów mojej historii, ale nigdy nie drążył moich ran, jak ktoś otwierający teczkę.
Pewnego ranka podał mi kawę.
Na kubku napisał czarnym markerem:
Nie Julien.
Wybuchnęłam śmiechem tak głośnym, że o mało nie wylałam kawy na buty.
Uśmiechnął się.
„Pomyślałam, że ta precyzja może się przydać”.
I tym razem ten śmiech wcale nie brzmiał defensywnie.
To była beztroska.
Prawdziwa beztroska.
Podczas naszego ostatniego spotkania z prawnikiem, Maître Lenoir wręczył mi oprawione zdjęcie.
W środku kopia aktu ślubu z Las Vegas.