W końcu uwolnił się i zaznał prawdziwej miłości.
Françoise publikowała zapłakane selfie, z ręką na piersi, jakby właśnie wyszła z narodowej tragedii.
Élodie publikowała zdjęcia z Camille, opatrzone teatralnymi podpisami o toksyczności, zimnych kobietach i nowo odkrytej wolności.
Julien z kolei opublikował kluczowe zdjęcie: on i Camille, sztywni pod neonami Las Vegas, szczerzący się jak dwaj idioci przekonani o swojej wygranej.
Pod postami piętrzyły się komentarze.
Znajomi.
Byli koledzy.
Ludzie, których już zaprosiłem na kolację.
„Nigdy bym jej takiej nie wyobraził”.
„Zawsze wydawała się taka zimna”.
„Brawo, Julien, zasługujesz na coś lepszego”.
Na początku czytałem bez emocji.
Potem poczułem mdłości.
Nie tylko z powodu kłamstw.
Z powodu tego, jak łatwo ludzie wybierają głośniejszą stronę.
Tego samego popołudnia zadzwoniłam do Davida.
Każdy ma w życiu przyjaciela, który potrafi rozmontować komputer z zawiązanymi oczami i znaleźć prawdę w dżungli kłamstw.
Dla mnie był to David.
Znał nas oboje od lat.