Na schodach sądu Françoise zaczęła krzyczeć, że jestem złodziejem, manipulatorem, żmiją.
W tym samym momencie pojawiła się też matka Camille – Valérie – z napiętą miną, trzymająca kubek kawy jak improwizowaną broń.
Élodie chciała interweniować.
Albo zaatakować.
Albo po prostu istnieć.
Nikt tak naprawdę nie wie.
W każdym razie rzuciła kawą.
Tęskniła za mną.
Płyn wylądował prosto na bluzce Valérie.
W niecałe trzy sekundy obie matki krzyczały na siebie jak w jakimś niskobudżetowym serialu.
Françoise krzyczała.
Valérie krzyczała jeszcze głośniej.