Jeśli Ximena Carter czegokolwiek nauczyła się z biedy, to tego, jak spuszczać wzrok, nie umniejszając przy tym swojej godności. Sprzątała kuchnie bogaczy, szorowała marmurowe podłogi, składała ręczniki miękko jak wszystko, co posiadała, i uśmiechała się do kobiet, które zostawiały szminkę na kryształowych szklankach, wartych więcej niż jej czynsz. Ale stojąc w korytarzu służbowym rezydencji Whitmore, przesiąknięta strachem i deszczem, zdała sobie sprawę, że posłuszeństwo w końcu doprowadziło ją na krawędź czegoś, co mogło ją pochłonąć w całości.
Valentina Whitmore stała przed nią w białej jedwabnej szacie, z diamentową bransoletką na ręku i uśmiechem, który nigdy nie sięgał jej oczu.
„Ximena” – powtórzyła Valentina, a jej głos był na tyle cichy, że można go było pomylić z życzliwością. „Co robiłaś tak długo na dole?”
Palce Ximeny zacisnęły się na latarce. Serce biło jej tak mocno, że miała wrażenie, iż Valentina usłyszy je mimo burzy. Pod jej stopami, ukryty pod butelkami po winie i polerowanym kamieniem, przykuty do metalowego krzesła był mężczyzna, którego świat uważał za zmarłego. Nad nimi politycy, darczyńcy i sędziowie popijali drogą whisky w rezydencji słynącej z działalności charytatywnej.
A Ximena właśnie ujrzała prawdę.