Kiedy Ximena zajęła miejsce na mównicy, Rodrigo na nią nie spojrzał.
Valentina spojrzała.
Uśmiechnęła się blado.
Ten uśmiech kiedyś sprawiłby, że Ximena by się skurczyła.
Już nie.
Prokurator zaczął łagodnie.
„Pani Carter, czy może pani powiedzieć sądowi, na czym polegała pani praca w rezydencji Whitmore?”
„Byłam gosposią.”
„A w nocy siedemnastego listopada, co znaleźliście pod rezydencją?”
Ximena głęboko odetchnęła.
Potem powiedziała prawdę.
Opowiedziała im o burzy, wyważaczu, stalowych drzwiach, mężczyźnie przykutym łańcuchem, czerwonym notesie, zeznaniach Valentiny, tunelu, strzale, nalocie federalnym. Mówiła wyraźnie. Chwilami jej głos drżał. Mimo to kontynuowała.
Potem wstał obrońca.
Był gładki, siwowłosy i drogi. Mężczyzna, któremu płacono za to, żeby prawda wydawała się niestabilna.
„Pani Carter” – powiedział – „była pani tamtej nocy pod ogromnym stresem, prawda?”
„Tak.”
„Pańska matka była ciężko chora.”