Goście wyszli głównym wejściem, pod parasolami trzymanymi przez ochroniarzy. Przed bramą błyskały flesze aparatów, bo Whitmore’owie nigdy nie gościli nikogo bez upewnienia się, że wiedzą o tym odpowiednie osoby. Senator Paul Wexler uścisnął dłoń Rodrigo Whitmore’a w świetle lamp na ganku i pochwalił jego „zaangażowanie na rzecz potrzebujących kobiet i dzieci”. Valentina pocałowała w policzek sędziego federalnego i obiecała przekazać kolejną darowiznę na fundację jego żony.
Ximena obserwowała z drzwi kuchennych, czując mdłości.
Ich fundacja.
Inicjatywa Whitmore Hope.
Ta sama organizacja, która opłacała rachunki szpitalne, fundowała schroniska, wspierała imigrantki, przyznawała stypendia i pojawiała się na kolorowych stronach magazynów pod nagłówkami w rodzaju: „Para przywracająca godność zapomnianym”.
Zapomniani.
To słowo brzmiało teraz jak groźba.
Kiedy ostatni gość wyszedł, Rodrigo Whitmore zdjął smoking i podał go oczekującemu lokajowi, nie patrząc na niego. Był wysoki, siwowłosy i przystojny w sposób, w jaki starzy bogacze szkolą mężczyzn do bycia przystojnymi: drogi, spokojny, nietykalny. Valentina szła obok niego jak królowa wracająca z przedstawienia.
„Gdzie jest nowa dziewczyna?” zapytał Rodrigo.
Ximena zamarła.
Pani Rivera zrobiła krok naprzód. „W kuchni, proszę pana”.
„Proszę ją wcześniej odesłać do domu”.
Żołądek Ximeny ścisnął się.
Wzrok Valentiny powędrował w stronę korytarza dla służby. „Nie. Niech zostanie do rana. Drogi są zalane. Nieodpowiedzialne byłoby wysyłanie personelu w taką pogodę”.
Sposób, w jaki powiedziała „nieodpowiedzialne”, sprawił, że Ximena poczuła chłód na skórze.
Rodrigo spojrzał na żonę.