„Powiedział, że zabierają kobiety”.
Uścisk pani Rivery boleśnie się zacisnął.
Ximena wstrzymała oddech. „A więc to prawda”.
Pani Rivera spojrzała w stronę drzwi, a potem zniżyła głos do szeptu.
„Pracuję w tym domu od jedenastu lat. Widziałam dziewczyny, które wchodziły przez biuro fundacji i nigdy nie wychodziły frontowymi drzwiami. Widziałam, jak pracownicy znikali po zadaniu pytań. Widziałam radiowozy, które przyjeżdżały i odjeżdżały bez zgłoszenia. Myślisz, że prawda chroni biedne kobiety? Nie chroni. Ona je pogrzebie.”
Oczy Ximeny płonęły. „Dlaczego nie odeszłaś?”
Twarz pani Rivery stwardniała. „Bo kiedyś przyprowadzili tu mojego syna i pokazali mi film, na którym idzie do szkoły. Powiedzieli, że jeśli zrezygnuję, nie dotrze do bramy.”
Pokój zdawał się przechylać.
Ximena pomyślała o swojej matce leżącej na szpitalnym łóżku, z rurkami w ręku, pytającej przy każdej wizycie, czy Ximena jadła.
„Wiedzą o mojej mamie” – wyszeptała Ximena.
„Oczywiście, że wiedzą. Wiedzą wszystko, zanim cię zatrudnią.”
Ximena uwolniła rękę. „To dlaczego wysłałaś mnie na dół?”
Pani Rivera odwróciła wzrok.
Odpowiedź była straszna, zanim ją wypowiedziała.
„Bo jestem zmęczona” – wyszeptała. „Bo kiedy zasilanie wysiadło, dostrzegłam szansę. Bo pomyślałam, że może będziesz mądrzejsza ode mnie, odważniejsza ode mnie albo wystarczająco młoda, żeby wierzyć, że ktoś może pomóc”.
Ximena wpatrywała się w nią.
Pani Rivera otworzyła kieszeń fartucha i wyciągnęła tani czarny telefon.
Telefon na kartę.
Ximena wstrzymała oddech.