„Może odbierając im to”.
Ximena nienawidziła tego, że wyrok pozostał z nią.
Trzy tygodnie później wróciła do rezydencji.
Nie sama. Przyjechała jej matka. Przyjechała Marisol. Przyjechała agentka Morgan. Przyjechała też pani Rivera, pod nowym nazwiskiem i za federalną zgodą. Wyglądała na starszą, ale lżejszą, jak kobieta, która w końcu odłożyła ciężar, który nosiła przez ponad dekadę.
Rezydencja stała pusta za zamkniętą bramą.
Żadnych kwiatów. Żadnych strażników. Żadnej muzyki. Żadnych kamer.
Tylko dom.
Ximena zatrzymała się na schodach wejściowych.
Jej ciało pamiętało strach.
Marisol wzięła ją za rękę.
„Nie musisz” – powiedziała.
Ximena spojrzała na białe kolumny, wypolerowane okna, balkon, gdzie Valentina kiedyś machała do gości.
Potem pomyślała o kobietach z notatnika.
Imiona.
Te, które odnaleziono.