„Kupiłam go sześć miesięcy temu” – powiedziała pani Rivera. „Nigdy nie miałam odwagi go użyć”.
Włożyła go do ręki Ximeny.
„Jest jeden zapisany numer. Agentka federalna. Chyba jest czysta. Nie wiem na pewno. Nazywa się Rachel Morgan. Elias Bell miał zeznawać przed nią, zanim „umarł”.
Ximena spojrzała na telefon, jakby miał eksplodować.
Pani Rivera kontynuowała: „Nie dzwoń z domu. Ściany są monitorowane. Kamery nie obejmują windy na bieliznę ani starego przejścia ogrodowego. Jeśli wrócisz na dół, nie schodź głównymi schodami”.
„Nie zejdę tam”.
„Tak, zejdziesz”.
Ximenie zaschło w ustach.
Pani Rivera podeszła bliżej. „Ponieważ gabinet Rodriga jest zamknięty na odcisk palca i kod, ale Valentina trzyma duplikat klucza w swoim prywatnym salonie. A dziś w nocy cię obserwują”.
„W takim razie i tak jestem martwa”.
„Może” – powiedziała pani Rivera. „Ale jeśli wyjdziesz nic nie robiąc, spędzisz resztę życia zastanawiając się, kiedy i tak po ciebie przyjdą”.
Słowa były okrutne.
Były też prawdziwe.
O 3:05 nad ranem Ximena weszła do wschodniego pokoju gościnnego z czystymi ręcznikami w ramionach. Wiedziała, że nad lustrem w korytarzu jest kamera, bo odkurzyła ją na początku tygodnia. Starała się zachować zmęczoną, znudzoną, posłuszną minę.
W pokoju gościnnym otworzyła szafę i znalazła stary panel obsługi, który opisała pani Rivera.
Za nim znajdowało się wąskie przejście, ledwie mieszczące jedną osobę. Rezydencja miała prawie sto lat, została zbudowana w czasach, gdy bogate rodziny wolały, żeby służba poruszała się niewidocznie. Whitmore’owie zmodernizowali niemal wszystko, ale chciwość często nie dostrzegała tego, co skrywała historia.
Ximena wślizgnęła się do przejścia i zamknęła za sobą panel.
Ciemność ją pochłonęła.
Użyła małej latarki z fartucha, osłaniając promień światła palcami. Kurz drapał ją w gardle. Rury jęczały za ścianami. Gdzieś daleko nad Hudsonem przetoczył się grzmot.
Przejście prowadziło za prywatny salon Valentiny.
Ximena powoli nacisnęła ukrytą zasuwkę i wyjrzała przez szparę.
Pusto.