Kobiety.
Dziewczyny.
Inicjały. Daty. Miasta. Kwoty. Notatki medyczne. Kody transportowe. Numery spraw fundacji. Niektóre nazwiska były przekreślone. Niektóre miały ptaszki. Obok niektórych widniało słowo „przeniesione”.
Żołądek Ximeny ścisnął się.
Wtedy zobaczyła jedno nazwisko, które sprawiło, że kolana prawie się pod nią ugięły.
Marisol Reyes.
Jej kuzynka.
Marisol zniknęła dwa lata wcześniej po tym, jak podjęła pracę w ramach „programu pośrednictwa pracy dla kobiet” w New Jersey. Policja stwierdziła, że prawdopodobnie uciekła. Jej rodzina błagała o pomoc, aż żal przerodził się w wyczerpanie.
Logo Inicjatywy Whitmore Hope widniało obok numeru jej sprawy.
Ximena przycisnęła notes do piersi, walcząc z szlochem.
Wtedy właśnie otworzyły się drzwi gabinetu.
Valentina stała tam.
Teraz nie miała na sobie szlafroka. Miała na sobie czarne spodnie, kremową bluzkę, a jej uśmiech wyostrzył się do niemal rozbawionego.
„Och, Ximena” – powiedziała cicho. „Biedactwo”.
Ximena nie mogła się ruszyć.
Valentina weszła do biura i zamknęła za sobą drzwi.
„Czy Elvira dała ci telefon?”
Pytanie uderzyło jak policzek.