Burza nie skończyła się z domem.
Na pół sekundy pokój pochłonęła ciemność.
Elias się poruszył.
Ximena nie zauważyła, jak to się stało. W jednej chwili osunął się na krzesło, a w drugiej zaczepił jedną ze skutych łańcuchem stóp o kostkę strażnika. Tommy upadł z hukiem na beton, a broń zsunęła się pod stół. Ximena chwyciła najbliższy przedmiot – metalową tacę – i trzasnęła nią o nadgarstek strażnika, gdy ten sięgnął po nią.
Wrzasnął.
Elias obrócił się, wyciągnął skute ręce i wyciągnął z paska strażnika mały brelok.
„Za mną” – warknął.
Ximena zaczęła grzebać w kluczach. Pierwszy – nie. Drugi – nie. Trzeci – kajdanki się otworzyły.
Elias uwolnił jedną rękę, potem drugą. Poruszał się jak ranne zwierzę, powoli, ale zabójczo. Gdy uwolnił kostki, wstał i omal nie upadł. Ximena chwyciła go za ramię.
Był cięższy, niż wyglądał.
„Ledwo możesz chodzić” – powiedziała.
„Nie muszę tańczyć”.
Nad nimi rozległy się kroki.
Elias podniósł broń strażnika, wyjął amunicję, wrzucił broń do odpływu i zachował magazynek.
Ximena wpatrywała się w niego. „Czemu go nie zatrzymałeś?”
„Bo nie przetrwasz tego, stając się tym, kim według nich jestem.”
To ją zaskoczyło bardziej niż cokolwiek innego.
Wskazał na wąski korytarz odpływowy za pokojem. „Stary tunel. Prowadzi do muru ogrodowego. Używali go w czasach prohibicji.”
„Skąd wiesz?”
„Zajmuję się wyszukiwaniem wyjść.”
Ruszali się.