Marisol przytuliła ją mocniej. „Powiedzieli mi, że nikt nie patrzy”.
„Kłamali”.
To zdanie stało się wyrokiem, który Ximena wnosiła potem do każdego pokoju.
Kłamali.
Whitmore’owie kłamali o dobroczynności. Kłamali o godności. Kłamali o ratunku. Okłamywali rodziny, darczyńców, pracowników, ofiary, policję i cały kraj. Ale najokrutniejszym kłamstwem było to, które powiedzieli ludziom, których porwali: nikt cię nie szuka.
Ximena uznała, że świat musi się dowiedzieć, że to nieprawda.
Trzy miesiące po nalocie zgodziła się zeznawać.
Sąd federalny na Manhattanie był pełen ludzi. Reporterzy zapełnili schody na zewnątrz. Kamery śledziły każdego prawnika, każdego świadka, każdego krewnego oskarżonego. Rodrigo Whitmore wszedł w ciemnym garniturze, wyglądając na starszego, ale wciąż dumnego. Valentina weszła za nim, ubrana na biało, niczym niewinność w mundurze.
Ximena miała na sobie granatową sukienkę pożyczoną od siostry agenta Morgana, bo nie było jej na nią stać.
Jej matka, teraz w stabilnym stanie i powoli wracająca do zdrowia, siedziała w pierwszym rzędzie na wózku inwalidzkim.
Marisol siedziała obok niej w ciemnych okularach i trzymała Rosę za rękę.