Jedyni ludzie na świecie, którzy ją kochali.
Sierociniec św. Marii w Filadelfii stał się jej domem na kolejne osiem lat, choć „dom” to zbyt łagodne słowo. To tam Elena nauczyła się sztuki przetrwania.
Była mała, krucha, łatwa do zdobycia. Inne dzieci chowały jej jedzenie. Darły jej książki. Zamykały ją w szafach na godziny.
W nocy zwijała się wokół cienkiej poduszki i obiecywała sobie, że pewnego dnia ktoś po nią przyjdzie.
Kiedy miała szesnaście lat, myślała, że tak.
Rodzina Morrisonów ją adoptowała. Robert Morrison uśmiechnął się ciepło i uścisnął jej dłoń.
„Od teraz będziesz mieć prawdziwą rodzinę.”
Elena tak bardzo chciała mu wierzyć, że ignorowała każdy znak ostrzegawczy. Alkohol w jego oddechu. Spuszczone oczy pani Morrison. Cichy dom, który wydawał się zbyt idealny, jakby skrywał coś zgniłego.
Pierwszej nocy Robert pijany otworzył drzwi sypialni Eleny i wpatrywał się w nią.
Następne noce były coraz gorsze.
Bił ją, gdy był zły, gdy był pijany, gdy potrzebował kogoś małego, kto wchłonie jego brzydotę.
Pani Morrison wiedziała.
Słyszała płacz Eleny. Zobaczyła siniaki. Nic nie zrobiła.
Długa blizna na lewym ramieniu Eleny jest pamiątką z zimowej nocy, gdy miała siedemnaście lat, a Robert Morrison trzymał w rękach odłamek stłuczonego szkła.
Nikt nie wezwał karetki.
W dniu swoich osiemnastych urodzin, podczas gdy Robert spał w salonie, Elena spakowała kilka rzeczy i wyszła przez okno.
Biegła, aż światła Filadelfii znajdowały się zaledwie kilka punkcików za nią.
Następne dziewięć lat było wojną.