„Przyniosłam ciasteczka i mleko. Nie dostałeś obiadu, prawda?”
Dzieci jadły, jakby były głodne.
Kiedy talerz był pusty, Lily rzuciła się w ramiona Eleny.
„Proszę, nie mów jej, że nas karmiłeś. Zwolni cię. Zwolniła panią Ruth, bo pani Ruth też była dla nas dobra”.
Elena mocno trzymała dziewczynkę.
„Nigdzie się nie wybieram.”
Noe podniósł zapłakaną twarz.
„Obiecujesz?”
„Obiecuję. Będę cię chronić. Cokolwiek się stanie, nie opuszczę cię.”
Od tej nocy Elena stała się ich cichą opiekunką.
Poznała humory Victorii. Jeśli Victoria marszczyła brwi przy śniadaniu, Elena trzymała dzieci poza zasięgiem. Jeśli Victoria piła wieczorem, Elena szykowała się na burzę. Kiedy Victoria szukała pretekstu, by ukarać Lily lub Noaha, Elena brała winę na siebie.
„To była moja wina, proszę pani. Proszę mnie ukarać.”
I Wiktoria tak zrobiła.
Zamiast tego policzki i obelgi spadły na Elenę.
Znosiła je, bo była przyzwyczajona do bólu.
Ale nie mogła znieść widoku cierpienia niewinnych dzieci.
W nocy Elena przynosiła jedzenie, maść, opowieści i ciepło. Uczyła Lily czytać bajki w bibliotece. Opowiedziała Noahowi o Sophii, matce, o której Wiktoria zabroniła im wspominać.
„Twoja matka była piękna” – wyszeptała Elena. „Miała ciepłe brązowe oczy i długie ciemne włosy. Kochała cię, zanim się urodziłeś”.
W tym małym pokoju, w głębokiej ciszy po północy, Elena podtrzymywała pamięć o Sophii.
Pewnej nocy, po opowiedzeniu jej historii, Noe złapał ją za rękę.
„Panno Ellie” – wyszeptał. „Czy jesteś aniołem? Aniołem, którego mama zesłała, żeby nas chronić?”
Elena poczuła ucisk w gardle.