Dwa lata później przyszedł Noe.
Rezydencja w Greenwich wypełniona była dziecięcym śmiechem, kołysankami Sophii, odgłosem drobnych kroków biegnących przez korytarze, które kiedyś były wypełnione jedynie ciszą i mocą. Dominic obiecał sobie, że mrok jego pracy nigdy ich nie dotknie.
Ale los miał inne plany.
Kiedy Noah miał rok, Sophia zaczęła odczuwać zmęczenie. Ukrywała trudności z oddychaniem. Ukrywała tępy ból w piersi. Ukrywała noce, kiedy leżała bezsennie, próbując go nie przestraszyć.
Kiedy Dominic się o tym dowiedział, było już za późno.
Wrodzona wada serca, którą Zofia nosiła od dzieciństwa, pogłębiła się do tego stopnia, że nie dało się jej uratować. Dominic sprowadził najlepszych lekarzy. Najdroższych specjalistów. Najnowocześniejsze operacje, na jakie było stać.
Nic nie było wystarczające.
Ostatniej nocy Sophii Dominic siedział przy jej szpitalnym łóżku, ściskając dłoń, która powoli stygła. Była blada i chuda, ale jej brązowe oczy wciąż były ciepłe.
„Nie płacz” – wyszeptała.
„Nie chcę tego przechodzić” – wykrztusił. „Chcę, żebyś została”.
Sophia się uśmiechnęła, a ten uśmiech bolał bardziej, niż jakakolwiek rana.
„Kochaj dzieci, Dominic. Niech wiedzą, jak bardzo kochała je matka. I ty musisz znaleźć kogoś, kto pokocha ciebie. Nie zamykaj serca. Nie pozwól, by ciemność cię pochłonęła”.
A potem zamknęła oczy na zawsze.
Dominic nie pamiętał, żeby krzyczał.