Trzymała je, dopóki nie zasnęły.
Gdy otworzyła drzwi, żeby wyjść, Victoria czekała na nią na korytarzu.
Czerwona jedwabna szata.
Zimne, niebieskie oczy.
„Myślisz, że nie wiem?” wyszeptała Wiktoria.
Złapała Elenę za nadgarstek i pociągnęła ją do jej pokoju.
Pierwszy policzek powalił Elenę na bok.
Potem przyszedł kolejny.
I jeszcze jedno.
Wiktoria uderzała ją raz po raz, a jej piękna twarz wykrzywiała się wściekłością.
„Co ja powiedziałem? Mówiłem ci, żebyś nie zbliżał się do dzieci. Za kogo ty się uważasz?”
Elena upadła na podłogę.
Wiktoria przycisnęła stopę do ramienia.
„Jesteś nikim. Brudną małą służącą. Nikogo nie potrzebującą sierotą.”
Wtedy Wiktoria przykucnęła i złapała Elenę za włosy.
„Wiesz, kim jest mój mąż? Dominic Blackwell. Najpotężniejszy człowiek w Nowym Jorku. W tym mieście ludzie znikają każdego dnia. Myślisz, że kogokolwiek by to obchodziło, gdyby zniknęła służąca?”