Jak zebrać dowody.
Jak pozwolić ludziom kopać sobie groby, a potem zasypywać je ziemią.
Tej nocy, w bezpiecznym mieszkaniu Marca, oddalonym o niecałe dwa mile od posiadłości Blackwell, Dominic siedział przy oknie z kieliszkiem alkoholu w ręku.
On nie pił.
Patrzył na światła miasta i widział tylko jedną twarz.
Zofia.
Dwanaście lat wcześniej życie Dominica wyglądało inaczej dzięki niej.
Poznał Sophię Marquetti pewnego deszczowego popołudnia na Brooklynie, kiedy jej samochód zgasł na środku drogi. Miała dwadzieścia osiem lat, była nauczycielką w szkole podstawowej, miała ciepłe brązowe oczy i uśmiech, który zmiękczył coś, co uważał za dawno martwe.
Nie wiedziała kim on jest.
Nie wiedziała, że mężczyzna, który pomagał jej wypchnąć samochód na krawężnik, to ten sam człowiek, którego obawiało się nowojorskie metro.
To właśnie go przykuło.
Po raz pierwszy w życiu kobieta spojrzała na niego i zobaczyła zwykłego mężczyznę. Nie potwora. Nie broń. Nie imię, które otwierało drzwi i zamykało usta.
Po prostu mężczyzna w przemoczonym garniturze, próbujący powstrzymać się od zbyt niezręcznego uśmiechu na deszczu.
Spotykali się w tajemnicy przez sześć miesięcy. Dominic ukrywał Sophię przed mrokiem swojego świata najlepiej, jak potrafił. Ale Sophia nie była naiwna. Widziała nocne telefony. Krew, którą próbował ukryć na koszuli. To, jak obcy sztywnieli, gdy go rozpoznawali.
I została.
„Nie kocham twojej pracy” – powiedziała mu w noc, gdy się jej oświadczył. „Kocham cię. Tego mężczyznę pod całą tą zbroją”.
Ich ślub był kameralny. Tylko Marco i garstka zaufanych osób. Dla Dominica to był najszczęśliwszy dzień w życiu.
Potem urodziła się Lily.
Wciąż pamiętał, jak trzymał ją po raz pierwszy. Maleńkie życie ważące niecałe trzy kilogramy, które jakimś sposobem stało się całym ciężarem jego świata.