Miesiąc później rezydencja Blackwellów zdawała się odrodzić.
Zdjęcia Sophii wróciły na półki, korytarze, salon, fortepian. Jej pamięć nie była już ukryta jak rana. Żyła jawnie, otulając dom matczyną miłością, która nigdy tak naprawdę nie odeszła.
Elena nie nosiła już stroju służącej.
Miała pokój we wschodnim skrzydle, obok pokoi Lily i Noaha. Jadła śniadanie z rodziną. Spacerowała po ogrodzie z dziećmi. Opowiadała bajki każdej nocy przed snem.
Lily znów zaczęła się śmiać.
Czysty, jasny śmiech, który rozbrzmiewał na korytarzach niczym dźwięki dzwonków wietrznych.
Noe zaczął mówić więcej. Biegać. Bawić się. Wierzyć, że świat to nie tylko ciemność i strach.
Oboje dzieci korzystały z pomocy terapeuty.
Gojenie nie następowało szybko.
To nie było łatwe.
Ale z każdym dniem rany w ich wnętrzu zamykały się coraz bardziej.
Ponieważ mieli ojca.
Mieli Elenę.
Mieli miłość.
Pewnej sierpniowej nocy, gdy Lily i Noah zasnęli, Dominic znalazł Elenę siedzącą w ogrodzie różanym Sophii pod niebem pełnym gwiazd.
Długo siedział obok niej w milczeniu.
Potem jej podziękował.