Dominic podszedł bliżej, jego twarz była zimna jak kamień, a oczy płonęły.
Pochylił się i szepnął coś, czego nikt inny nie mógł usłyszeć.
Wiktoria zbladła jak ściana.
Wtedy Dominic się cofnął.
„Masz dwadzieścia cztery godziny na opuszczenie Stanów Zjednoczonych” – powiedział. „Jeśli zobaczę cię w tym kraju po tym czasie…”
Nie dokończył.
Nie było mu to potrzebne.
Marco skinął głową.
Wyszło dwóch rosłych mężczyzn i wzięło Victorię za ramiona.
Krzyczała, gdy ciągnęli ją przez tłum, grożąc, błagając, wściekając się.
Ale nikt nie ruszył się, żeby jej pomóc.
Goście rozstali się, jakby była trucizną.
Potem zniknęła.
Na zawsze.
Po zabraniu Wiktorii goście wyszli w milczeniu. Nikt nie został. Nikt nie chciał być widziany, jak zadaje pytania.
Dwór, który jeszcze kilka godzin wcześniej rozświetlał się muzyką i światłami, pogrążył się w ciszy.
Ale ta cisza była inna.
Nie strach.
Pokój.
Wolność.