Kontynuujesz. „Ta sukienka została uszyta moimi rękami. Te raporty zostały skorygowane przez mój umysł. Pieniądze, które wydałeś na krawat, pochodziły z konta, które założyłam, kiedy byłeś zbyt arogancki, żeby sprawdzić saldo”.
Jego twarz czerwienieje.
Zbliżasz się o krok.
„A jeśli jestem nikim, Caleb, to dziś wieczorem straciłeś wszystko”.
W sali rozbrzmiewają szepty.
Ochroniarze wyprowadzają go.
Mara idzie osobno z Evelyn u boku, zadając już pytania głosem tak ostrym, że można by nim ciąć szkło.
Kiedy Caleb znika za drzwiami sali balowej, cisza, którą po sobie pozostawia, nie jest pusta.
Jest oszołomiona.
Adrian odwraca się do gości. „Wieczór dobiegł końca. Moje biuro skontaktuje się z odpowiednimi stronami w sprawie jutrzejszego harmonogramu”.
Nikt się nie sprzeciwia.
Miliarderzy nie muszą podnosić głosu, żeby zwolnić pokoje.
W ciągu kilku minut sala balowa zaczyna się opróżniać. Goście wychodzą gromadnie, udając, że się nie gapią, a jednocześnie wpatrują się w nich bez przerwy. Zespół cicho się pakuje. Obsługa hotelu zmiata potłuczone szkło z marmurowej podłogi. Białe orchidee lśnią pod żyrandolami, piękne i absurdalne.
Stoisz przy oknie, nagle uświadamiając sobie, że trzęsą ci się kolana.
Adrian to zauważa.