„Klucz do mojego domu. Nie dlatego, że oczekuję, że się wprowadzisz. Nie dlatego, że chcę cię poganiać. Nie dlatego, że uważam, że dostęp oznacza własność”. Kładzie go na twoim biurku. „Bo kiedyś powiedziałaś mi, że żaden dom nie był taki jak twój po śmierci twoich rodziców. Chcę, żebyś wiedziała, że drzwi są dla ciebie otwarte. Tylko jeśli ich chcesz”.
Wpatrujesz się w klucz.
A potem w niego.
„To niebezpiecznie rozważne”.
„Ćwiczyłam”.
Bierzesz klucz i obracasz go w dłoni.
„Nie jestem gotowa się wprowadzić”.
„Wiem”.
„Mogę nigdy nie chcieć wielkiego domu miliardera”.
„Jest tam biblioteka”.
Mrużysz oczy. „Manipulacja”.
„I pracownia krawiecka”.
Unosisz wzrok.
Uśmiecha się.
Właśnie tak cię zdobywa.
Nie diamentami.
Pracownią krawiecką.
Całujesz go pierwsza.
To nie jest jak pocałunek wspomnienia.
To cię zaskakuje.
To nie jest siedemnastoletnia tęsknota, niedokończony żal, widmo tego, co mogło być.
Jest teraz.