Nie szybko.
Nie publicznie.
Nie jako widowisko.
W małym ogrodzie na wybrzeżu Oregonu, a Evelyn udziela ślubu, ponieważ przyjęła święcenia online i upierała się, że jej stawka godzinowa nadal obowiązuje. Masz na sobie sukienkę, którą sama uszyłaś, miękką, w kolorze kości słoniowej, z maleńkimi, ręcznie wyszywanymi niebieskimi kwiatkami ukrytymi przy rąbku. Adrian ma na sobie prosty, ciemny garnitur, a pod kurtką zielonkawy, stary pierścionek z lombardu na łańcuszku.
Kiedy nadejdzie czas przysięgi, nie obiecuje cię uratować.
Nienawidziłabyś tego.
Obiecuje, że nigdy nie pomyli twojej siły z wymówką, by zostawić cię bez wsparcia.
Obiecujesz, że nigdy więcej nie znikniesz w czyimś życiu.
Evelyn płacze i zaprzecza.
Ty się śmiejesz.
Po ceremonii Adrian daje ci stary srebrny pierścionek, nie jako obrączkę, ale jako pamiątkę.
„To należało do wyboru, który przegraliśmy” – mówi.
Po czym wkłada ci na dłoń twoją prawdziwą obrączkę.
„To należy do wyboru, który podjęliśmy”.
Płaczesz.
Wszyscy udają, że nie widzą, bo Evelyn im grozi.