Zamiast tego zaczynasz odbudowę.
Nie dramatycznie.
Nie pięknie.
Na początku odbudowa wygląda jak spanie tylko po jednej stronie łóżka, ponieważ twoje ciało wciąż oczekuje, że ktoś skrytykuje, ile miejsca zajmujesz. Wygląda to tak, jakby wyrzucił proszek proteinowy Caleba, jego drogie perfumy, magazyny o golfie i oprawione świadectwo z seminarium o przywództwie, za które kazał ci zapłacić. Wygląda to tak, jakby otworzył okna i zdał sobie sprawę, że bez jego gniewu w domu pachnie inaczej.
Adrian cię nie pogania.
To cię zaskakuje.
Wpływowi mężczyźni zazwyczaj uważają, że pożądanie to harmonogram. Caleb z pewnością tak uważał. Jeśli czegoś chciał, świat miał się zmienić. Ale Adrian czeka, wysyłając tylko jedną wiadomość po imprezie.
Jestem tutaj, jeśli chcesz odpowiedzi. Nic więcej.
Przez trzy dni nie odpisujesz.
Czwartego piszesz:
Chcę te listy. Jeśli jeszcze je masz.
Odpisuje w ciągu minuty.
Każdy, który udało mi się zatrzymać.
Spotykacie się w małej kawiarni w Portland, mieście, w którym wszystko się zaczęło.
Nie w centrum.
Nie w jakimś luksusowym miejscu.
W cichym miejscu nad rzeką, z drewnianymi stołami i deszczem stukającym o okna. Adrian przybywa z wyblakłym metalowym pudełkiem. Wygląda mniej jak miliarder.
dziś i bardziej jak chłopak, który kiedyś podzielił się z tobą cynamonową bułką, bo żadne z was nie miało pieniędzy na dwie.
Siedzisz naprzeciwko niego.
Kładzie pudełko między wami.
„Zachowałem kopie kilku listów” – mówi. „Oryginały wracały przez jakiś czas. Potem przestały.”
Twoje ręce drżą, gdy otwierasz wieczko.