A potem kasujesz.
Nie dlatego, że nie boli.
Bo uczysz się, że ból nie musi przeradzać się w pouczenie.
Mijają miesiące.
Caleb przyznaje się do winy w sprawie korporacyjnej, po tym jak dowody sprawiają, że zaprzeczenie jest kosztowne. Traci pracę, reputację, Marę i ostatecznie większość arogancji, która czyniła go nie do zniesienia. Nigdy cię nie przeprasza. Ani razu. Ale podpisuje papiery rozwodowe, gdy twój prawnik jasno daje do zrozumienia, że przeciąganie sprawy jeszcze bardziej go obnaży.
W dniu sfinalizowania rozwodu nie świętujesz szampanem.
Wracasz do domu, zdejmujesz obrączkę i chowasz ją do szuflady.
Potem zakładasz granatową sukienkę.
Tę samą.
Stajesz przed lustrem i naprawdę się jej przyglądasz.
Szycie nie jest idealne. Jeden szew w talii lekko się rozchodzi. Dół jest czysty, ale nieprofesjonalny. Materiał jest prosty, miękki i ciemny jak zmierzch.
To nie jest wstyd.
Nigdy nie było.
Masz ją na sobie tego wieczoru na kolację.
Nie z Adrianem.
Sama.
Wybierasz małą restaurację ze świecami na stołach. Kiedy kelnerka pyta, czy ktoś do ciebie dołączy, odpowiadasz „Nie” i nie wstydzisz się tego słowa. Zamawiasz makaron, czerwone wino i deser.
W połowie posiłku pochyla się kobieta przy sąsiednim stoliku.
„Uwielbiam twoją sukienkę” – mówi.
Z jakiegoś powodu to prawie doprowadza cię do płaczu.