Starsza.
Mądrzejsza.
Przerażająca.
Prawdziwa.
Dwa lata po tym, jak Caleb kazał ci zostać z tyłu, stoisz przed lustrem w domu Adriana, poprawiając rękaw kremowej sukienki, którą uszyłaś na galę charytatywną. Pracownia krawiecka jest teraz twoja, choć nadal masz swój dom i biuro. Nauczyłaś się nigdy nie mylić miłości z rezygnacją z życia.
Adrian pojawia się w drzwiach.
„Gotowa?”
Patrzysz na niego w lustrze.
„Nie.”
Uśmiecha się. „Dobrze. I tak pójdziemy.”
Śmiejesz się.
Gala jest z okazji twojego partnerstwa z fundacją, która finansuje wsparcie prawne i finansowe dla kobiet odbudowujących się po tym, jak zostały wymazane z własnych małżeństw. Evelyn zasiada w zarządzie. Twoja firma co miesiąc poświęca godziny. Adrian dokłada się do pieniędzy, owszem, ale co ważniejsze, nie przeszkadza ci, chyba że zostanie o to poproszony.
Na wydarzeniu to ty wygłaszasz przemówienie.
Stoisz w jasnych światłach, a nie z tyłu.
Opowiadasz historię ostrożnie.
Nie do końca.
Wystarczająco.
Mówisz o nieodpłatnej pracy. Cichej kontroli. Finansowej ślepocie. Niebezpieczeństwo bycia nauczonym, by wierzyć w swoją wartość wynika z tego, jak bardzo jesteś użyteczna dla czyjejś ambicji. Opowiadasz o nocy, kiedy mężczyzna wyśmiał twoją sukienkę, nie zdając sobie sprawy, że kobieta, która ją nosi, znała każdy numer, który próbował ukryć.
Potem wypowiadasz kwestię, która wprawia salę w stan bezruchu.
„Nigdy nie lekceważ kobiety, która pamięta numery”.
Rozlegają się brawa.
Widzisz Adriana w pierwszym rzędzie.