Jego dłoń zaciska się na twojej. „Powiedzieli mi, że nie żyjesz”.
Sala zdaje się przechylać.
Caleb robi krok naprzód, czerwony na twarzy i wściekły. „Dobra, wystarczy. Panie Vale, nie wiem, co to za nieporozumienie, ale to moja żona”.
Adrian w końcu odwraca się do niego.
Ciepło natychmiast znika z jego twarzy.
„Pani żona?” pyta.
Caleb unosi brodę. „Tak. Vivian Rowan. Moja żona od dwunastu lat”.
Adrian patrzy na ciebie.
„Vivian”.
O mało się nie uśmiechnęłaś, ale to za bardzo boli.
Twoje imię brzmiało w ustach Caleba zwyczajnie od lat. Słowo, które wzywało cię z innego pokoju, pytało, gdzie są jego koszule, domagało się, dlaczego kolacja się spóźnia, przypominało, że masz szczęście, że toleruje twoje „skromne życie”. Ale w głosie Adriana twoje imię brzmi jak dom, którego nigdy nie przestał szukać.
Mara, asystentka Caleba, stoi przy barze z jedną ręką przyciśniętą do piersi, udając, że jest w szoku. Spogląda z Adriana na Caleba, a potem na ciebie, kalkulując szybciej niż ktokolwiek inny w pomieszczeniu. Mara wie, co to władza, kiedy zmienia kierunek.
Caleb śmieje się ostro. „Kochanie, może powinnaś wyjaśnić, dlaczego facet, którego niby nie znasz, robi awanturę”.
Powoli się odwracasz.
Kochanie.
On nazywa cię tak tylko publicznie.
Patrzysz na jego jedwabny krawat, ten kupiony za pieniądze z konta, którego myślał, że nigdy nie sprawdzałaś. Patrzysz na ślad szminki Mary, ledwo widoczny przy kołnierzyku, prawie niewidoczny w świetle lamp balowych. Patrzysz na mężczyznę, który kazał ci zostać z tyłu, bo twoja ręcznie robiona sukienka go zawstydziła.
Przez dwanaście lat robiłaś się mniejsza, żeby jego ego mogło zmieścić się w drzwiach.
Dziś masz dość kurczenia się.