Ciociu Lydio.
To imię otwiera w twojej głowie drzwi, które zatrzasnęłaś dekady temu.
Siostra twojej matki. Okrutna, wytworna, zawsze uśmiechnięta, jakby znała cenę każdego w pokoju. Po śmierci rodziców przygarnęła cię, bo chciała miesięcznego zasiłku dla osób pozostających przy życiu, a nie dlatego, że cię chciała. Nienawidziła Adriana. Mówiła, że jest śmieciem. Mówiła, że dziewczyna bez rodziców nie może sobie pozwolić na głupi romans.
„Skłamała”, szepczesz.
Oczy Adriana na chwilę się zamykają.
„Wróciłem”, mówi. „Rok później. Zaoszczędziłem wystarczająco dużo na bilet. Poszedłem do domu. Nie było go. Znalazłem twoją ciotkę. Powiedziała mi, że nie żyjesz”.
Boli cię w piersi.
„Nigdy nie dostałem twoich listów”.
„Zrozumiałem to za późno”.
„Co się z tobą stało?”
Patrzy na pustą salę balową.
„Stałem się bardzo dobry w tym, żeby nikogo nie potrzebować”.
To boli, bo rozumiesz to aż za dobrze.
Odchylasz się do tyłu, palce masz zimne na kolanach. „Powiedziała mi, że odszedłeś i nigdy nie oglądałeś się za siebie”.
Szczęka Adriana zaciska się.
„Dała mi jeden list” – kontynuujesz. „Jeden. Mówił w nim, że nie możesz być skrępowany. Że znalazłeś lepsze okazje. Że powinienem przestać się ośmieszać”.
Jego twarz blednie.
„Nigdy tego nie napisałem”.
„Teraz to wiem”.
Trzydzieści lat.
Trzydzieści lat skradzionych przez kobietę, która uważała miłość za ciężar.
Trzydzieści lat nauki, żeby nie czekać.