Pierre spojrzał na tego wysokiego, rosłego, zdrowego chłopca.
Zbyt rosłego, by tak dobrze grać ofiarę.
„Kim byli ci dwaj mężczyźni?” zapytał Pierre.
„Nikt”.
„Podaj mi ich nazwiska”.
„Przyjaciele”.
„Przyjaciele nie idą z tobą sprzedawać biżuterii twojej matki”.
Maxime zacisnął zęby.
A potem Pierre dostrzegł w sobie coś, czego nigdy nie chciał widzieć.
Nie tylko gniew.
Nie tylko wstyd.
Wyrachowanie.
Ten chłopak umiał kłamać.
Często to robił.
Claire zaczęła płakać.
„Maxime, moje dziecko… w co ty się wpakowałeś?”
Odwrócił wzrok.
Ten drobny ruch wystarczył.
Pierre zrozumiał.
To nie była tylko historia o opuszczonej uczelni czy grach wideo. To nie był tylko leniwy syn wykorzystujący matkę. Kryło się za tym coś więcej. Długi. Hazard. Przyjaciele. Może groźby.
Konsola była tylko wierzchołkiem góry lodowej.
Reszta rosła w cieniu, podczas gdy oboje kłócili się o to, czy pościelić mu łóżko, czy odciąć internet.
Pracownik socjalny poprosił o prywatną rozmowę z rodzicami.
Na korytarzu wyjaśniła, że sprawa może jeszcze nie stać się formalną skargą rodzinną, jeśli dokumenty i rzeczy osobiste zostaną odzyskane, ale broń wszystko komplikuje. Podkreśliła jedną rzecz:
„Państwa syn nie potrzebuje tylko wykładu. Potrzebuje porządku, nadzoru i prawdopodobnie leczenia uzależnienia od hazardu. I musicie przestać traktować to jak zwykłą rodzinną kłótnię”.
Claire oparła się o ścianę.