W środku było 150 euro i złożona kartka papieru.
„Nigdy nie będę w stanie oddać ci tego, ile za mnie zapłaciłeś. Ale mogę zacząć od tego, żeby przestać brać. Dziękuję, że mnie wyrzuciłeś, zanim stałem się kimś, kogo nawet byś nie rozpoznał”.
Pierre przeczytał zdanie dwa razy.
Wzrok mu się zamazał.
Maxime spuścił głowę.
„Wiem, że nie zasługuję na twoją dumę”.
Pierre powoli złożył kartkę.
„Duma to nie dar, na który zasługujesz raz na zawsze. To coś, co odbudowujesz. Śruba po śrubie”.
Maxime zaśmiał się zduszonym śmiechem.
„Co to znaczy?”
Pierre położył kopertę na stole warsztatowym.
„To znaczy, że klocki hamulcowe są prawidłowo zamontowane”.
Chłopiec uśmiechnął się szczerze.
Po raz pierwszy od dawna.
W tę niedzielę jedli kebaba na ławce w pobliżu kanału Ourcq. Był zimny. Chleb był rozpieczony. Sos kapał im na palce.
Niewiele rozmawiali.
Ale Maxime powiedział „Tato” trzy razy.
A Pierre nigdy go nie poprawiał.
Tego wieczoru, wracając do domu, minął stare mieszkanie w Montreuil. Okna były ciemne. Wkrótce miał tam mieszkać ktoś inny. Ktoś, kto nie będzie wiedział o krzykach, kłamstwach, workach na śmieci, tajemnicy ukrytej za szafą.
Pierre stał przez chwilę na chodniku.
Potem zawibrował jego telefon.
Wiadomość od Claire.