Ale kiedy mężczyzna naprawdę jest u kresu sił, przestaje krzyczeć.
Zaczyna działać.
Zniosłem torby na dół, jedną po drugiej. Położyłem je przed wejściem do budynku, pod markizą, osłonięte przed deszczem. Potem wróciłem na górę.
Claire chwyciła mnie za ramię.
„Pierre, nie… nie rób tego. To nasz syn”.
Maxime z kolei nadal się uśmiechał.
Myślał, że to wszystko gra.
Groźba zmęczonego ojca.
Kolejna.
Spojrzałam mu prosto w oczy.
„W tym domu jemy dzięki czyjemuś potowi. Jeśli nie twój, to twojej matki. I to koniec”.
Jego uśmiech zniknął.
„Co?”
„Masz dwadzieścia dwa lata. Dwie ręce. Dwie nogi. Nie jesteś chory”. Nie jesteś niezdolny. Twoja matka nie jest twoją służącą, a ja nie jestem twoim automatem z przekąskami. Wychodzisz i dowiadujesz się, ile kosztuje posiłek.
Claire płakała.
„Pierre, błagam cię…”
Maxime uniósł brodę.
„Nie możesz mi tego zrobić”.
„Tak, możesz”.
„Jestem tu jak w domu”.
„Nie. Śpisz tutaj. To nie to samo”.
Obraził mnie.
Nie ruszyłam się z miejsca.
Złapał telefon, słuchawki, kurtkę i wybiegł, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż zadrżała framuga.
Claire osunęła się na krzesło.
„Jesteś potworem”.
Spojrzałam na nią.