Rok temu rzucił studia, bo, jak sam powiedział, „nie przepadał za zajęciami”. Od tamtej pory nie pracuje, prawie niczego nie szuka, nie dokłada się do żadnych wydatków, nawet nie wynosi śmieci bez westchnienia, jakby proszono go o odbudowanie Notre-Dame gołymi rękami.
Budzi się o drugiej po południu.
Je to, co ugotuje mu matka.
Zostawia brudne naczynia w zlewie.
A noce spędza wrzeszcząc do ekranu w słuchawkach na uszach, jakby cały świat był mu coś winien.
Wczoraj wróciłem z warsztatu po dwunastogodzinnej zmianie. Padał deszcz. Miałem przemoczone buty, plecy bolały mnie, a ręce tak zesztywniały, że z trudem przekręciłem klucz w zamku.
Kiedy wszedłem do kuchni, zobaczyłem moją żonę, Claire.
Ona też pracowała cały dzień. Jest opiekunką w domu opieki w Bagnolet. Wstaje o piątej rano, żeby wykąpać starszych mieszkańców, zmienić pościel i ukoić ból, którego nikt inny nie widzi. Często wraca do domu z zaczerwienionymi oczami i opuchniętymi nogami.
A oto stała przy stole.
Podawała Maxime’owi obiad.
Siedział na krześle z telefonem w dłoni, nawet na nią nie patrząc.
Potem wyrzucił z siebie:
„Serio, mamo, cola nawet nie jest zimna?”
Claire uśmiechnęła się blado, ze zmęczeniem.
„Włożę jedną do zamrażarki na dwie minuty, kochanie”.
Kochanie.
W tym momencie coś we mnie pękło.
Nie chodziło tylko o colę.
Nie chodziło tylko o jego ton.
Chodziło o wszystko, co łykałam przez miesiące. Szeptane obelgi. Zatrzaskiwane drzwi. Kłamstwa. Pieniądze, które czasami znikały z szuflady w przedpokoju. Obietnice poszukania pracy. „Zacznę jutro”. „Nic nie rozumiesz”. „Twoje pokolenie miało szczęście”.
Szczęściarz.
Postawiłem torbę z roboczą na podłodze.
Claire odwróciła się do mnie.
„Pierre, jadłeś coś?”
Nie odpowiedziałem.
Poszedłem na górę do pokoju Maxime’a. Pachniało stęchlizną, brudnymi ubraniami i otwartymi puszkami. Otworzyłem jego szafę. Wziąłem trzy duże, czarne worki na śmieci. Opróżniłem jego szuflady, bluzy, trampki, konsole do gier, kable, rzeczy.
Podszedł do mnie od tyłu, śmiejąc się.
„Tato, co ty robisz? Gubisz się czy co?”
Nie krzyczałem.
Mogłem.