Pierre nie od razu poczuł gniew.
Poczuł pustkę.
Zimną, ogromną pustkę.
Widział Maxime’a jako niemowlę, płonącego gorączką w szpitalu Trousseau. Widział siebie śpiącego na plastikowym krześle, z ręką opartą na małej stopie. Widział czerwony rower, który dostał na Boże Narodzenie, kiedy nie było ich na niego stać. Niedzielne poranne gry w deszczu. Nowe torby szkolne. Przecenione trampki. Noce, kiedy zostawał do późna w warsztacie, żeby zapłacić za konsolę do gier, telefon, wycieczkę szkolną.
Widział też Claire ukrywającą wyciągi bankowe.
Claire chroniła Maxime’a z niemal winnym poczuciem winy.
Claire zawsze powtarzała: „Zostaw to, ja się tym zajmę”.
Wszystko zaczęło mu się układać w głowie.
Za szybko.
Za późno.
„Pierre…” wyszeptała Claire. „Chciałam ci powiedzieć”.
Uniósł rękę.
Nie tutaj.
Nie przed policją.
Nie przed tym chłopakiem, który właśnie wykorzystał swój sekret jako broń.
Maxime spojrzał na Pierre’a wyzywająco, ale jego oczy zdradzały coś jeszcze.
Strach.
Wyciągnął idealny nóż.
Ale nie był pewien, czy trafił we właściwe miejsce.
Pierre wziął głęboki oddech.
Potem powiedział:
„Nie wiem”.