Po iluzję.
Pierre wstał. Jego kolana zatrzeszczały. Jego robocza koszula wciąż była pognieciona. Nie wziął prysznica. Zapach garażu przywierał do niego.
Wszedł do kuchni.
Claire stała tyłem do niego, ściskając kubek w dłoniach.
„Jest u Roberta” – powiedział Pierre.
Nie odwróciła się od razu.
„Dobrze” – odpowiedziała w końcu. „Przynajmniej nie spał na dworze”.
Otworzył usta.
Chciał powiedzieć: „Widzisz, on nie jest bezdomny”.
Chciał powiedzieć: „Musisz przestać traktować go jak małego chłopca”.
Chciał powiedzieć: „Nie zdajesz sobie sprawy, że go dusisz?”.
Ale nie wydobył z siebie ani słowa.
Bo w głębi duszy inna prawda go zżerała.
Oboje byli w to zamieszani.
Claire ze swoją winną miłością.
On ze swoim milczeniem.
Na początku to były tylko drobne wymówki.
„Zostawcie go w spokoju, jest zestresowany”.
„Jeszcze się nie odnalazł”.
„Wraca na studia w przyszłym semestrze”.
Potem Maxime rzucił studia. Potem po czterech dniach rzucił swoją pierwszą pracę na pół etatu. Potem drugą, bo „szef był palantem”. Potem trzecią, bo „wstawanie o siódmej to współczesne niewolnictwo”.
Potem były kłamstwa.
Zgubione bilety.
Paczki dostarczane potajemnie.