Jeszcze nie.
Żeby sprawdzić, czy tym razem jego syn przyjdzie z prawdą w dłoniach.
Maxime siedział w małym, białym pokoju naprzeciwko terapeuty. Miał cienie pod oczami, zgarbione ramiona. Nie przypominał już aroganckiego młodzieńca z komisariatu.
Kiedy Pierre wszedł, Maxime ledwo wstał.
„Myślałem, że nie przyjdziesz”.
Pierre usiadł.
„Ja też”.
Pedagog pozwolił im porozmawiać przez kilka minut.
Maxime nie spuszczał wzroku ze swoich butów.
„Zawaliłem.”
Pierre nie odpowiedział.
„Zacząłem od zakładów. Małych. Potem wygrałem raz. Dużo. Myślałem, że jestem mądrzejszy. Potem przegrałem. Chciałem to odzyskać. Potem pożyczyłem. Od przyjaciół. Od chłopaków. Od Juliena.”
Wypowiedział to imię ze wstydem.
„Myślałem, że mi pomoże, bo…”
Przerwał.
Pierre dokończył:
„Bo jest twoim biologicznym ojcem.”
Maxime podniósł wzrok.
Były czerwone.